Kaczka i Wino
W pewien słoneczny marcowy dzień zawitaliśmy w okolice Stronia Śląskiego. Naszym celem była Czarna Góra i obłędnie zaśnieżone stoki. Jak to jednak z dziećmi bywa – zanim tam dotarliśmy, trzeba było zaspokoić wilczy apetyt młodej. Jak mały Polak głodny, to zły. Szybko przeskoczyłam w sieci po kilku miejscówkach przy stoku i nic mnie nie ujęło. Tu komercja, tam moloch, tam tłumy, tam… dramat. Dodajmy do tego nasze specjalne potrzeby żywieniowe i robi się całkiem spory problem. I wtedy mnie natchnęło! Wiem, już wiem! M. jedziemy! Skręciliśmy raptem na dwóch krzyżówkach i już! Byliśmy na miejscu. Dziś naszym wyborem stała się restauracja Kaczka i Wino.
Zaparkowaliśmy na wybrukowanym, zaśnieżonym podjeździe. Od samego parkingu do drzwi wejściowych odprowadzał nas słodki zapach smażonej kaczki i masła …
Po przekroczeniu progu przenosimy się w czasie do polski z przełomu XIX i XX wieku, kilkanaście lat przed I wojną światową. Wita nas piękny hol z wyeksponowanymi masywnymi gablotami z winem, odrestaurowany piec kaflowy i rozsuwane drzwi z kryształowym zdobieniem, a kawałeczek dalej – uśmiechnięta Pani skryta za klasycznym drewnianym barem z epoki. W oko rzuca mi się dobry wybór alkoholi – mała ilość, dobre marki. Wybieramy stolik, dostajemy menu. Młodziutka od razu zauważa dekorację stolików – na każdym zasiada kaczka, wśród menaży, wazonu i świecznika. Urokliwy pomysł. Jak na „kaczkę i wino” przystało, wybór w karcie win jest rewelacyjny. Mamy tutaj europejskie klasyki. Dobre gatunki z całej Europy, m.in. duży wybór gatunków z Polski, flagowe gatunki z Francji, Niemiec, Hiszpanii, Niemiec, Portugalii, Słowenii, Włoch, a także kultowe gatunki z Nowego Świata. Bardzo dobra oferta z takimi szczepami jak: Pinot Noir, Cabernet Sauvignon, Merlot, Riesling, Muscat czy Sauvignon Blanc – bogata oferta, która zadowoli nawet wymagających wielbicieli wina.
Duży plus za wina bezalkoholowe – to nowy trend w kulturze picia alkoholu, a tym bardziej w ofercie gastronomicznej w Polsce. Moim zdaniem niedoceniany, bo badania marketingowe firm od produkcji i dystrybucji jasno mówią, że piwa i alkohole bez procentów taranem zdobywają coraz większy odsetek sprzedaży. Po prostu coraz częściej oczekujemy, że takie pozycje będą w lokalach, które wybieramy na miejsce posiłku. Zamiłowanie do większych ilości mocniejszych trunków robi się delikatnie mówiąc „passe”. Co innego mały kieliszek brandy lub szklaneczka gatunkowej whisky – tutaj mamy do czynienia z modą na kraftowe i niszowe trunki.

Przechodzimy do wyboru menu i po raz kolejny oferta budzi mój zachwyt. Propozycje bazujące na klasykach, z nutą świeżego podejścia i z wykorzystaniem lokalnych składników. Dania są tworzone na chwilę przed podaniem w myśl filozofii Slow Food, jak mówi menu, pod okiem szefowej kuchni Agnieszki Kukin. Odnajdziecie tutaj dania z lokalnych (lub nieco dalej: regionalnych) produktów, takich jak pstrąg kłodzki, jesiotr z Radochowa, miód z własnej leśnej pasieki restauracji, ser pleśniowy z mleka z Wilkanowa, wędliny z Międzylesia, sery kozie z Łomnicy, twaróg i sery solankowe, śmietana i jogurty od miejscowych producentów, warzywa od miejscowego gospodarza. Jednym słowem: to, co w regionie najlepsze. Zamawiamy napoje i dania. Urzekła mnie herbata z miodem ze zbiorów własnych restauracji z pomarańczą i goździkami. Z dań degustujemy rewelacyjny rosół z wiejskiej kaczki – esencjonalny, jak u babci. Idealnie wyważony pomiędzy smakiem kaczki i aromatem warzyw. Na naszą prośbę podany z ryżem zamiast domowego makaronu z uwagi na gluten i tutaj też plusik. Nie macie pojęcia jak ciężko czasem o zamianę takiego drobiazgu w menu, a w tym przypadku uśmiechnięta Pani bez problemu dokonuje tej modyfikacji dla nas.
Na drugie dania pojawiają się płatki wędzonej kaczki z zielonymi sałatami, pomidorem, papryką, pomarańczą, pestkami dyni i malinowym winegretem, a także filet z kaczki na różowo, z ziemniaczanym puree z gorczycą, karmelizowaną kiszoną gruszką z sosem owocowym i wiśniami. Dania są wyborne, rozpływają się w ustach. Czuć wysoką jakość produktów i świeżość. Posiłek upływa nam w bardzo przyjemnej leniwej atmosferze. To miejsce po prostu tak wpływa, a ja przenoszę się w czasie do lat 1900-1902, kiedy właśnie willa została wybudowana przez Elisę Losky – synową założyciela i właściciela huty szkła kryształowego, Franza Losky. Od imienia właścicielki obiekt od ponad 100 lat nosi niezmiennie imię Elise. Niemal widzę tutaj ludzi z tamtych czasów grających na pobliskim fortepianie i popijających nalewki. Kobiety w kapeluszach z wymyślnymi kokami, w pięknych sukniach z gipiurą i koronką, eleganckich dżentelmenów we frakach jak z ekranizacji Ludzi Bezdomnych Żeromskiego z momentów w Cisach.

Jest kameralnie, z wyczuciem i duszą artyzmu i do dziś czuć wpływ właścicieli na ten budynek- tych dawnych jak i obecnych. Piękne witraże, drzwi z kryształowymi przeszkleniami, na sufitach piękne stiuki. Na ścianach dzieła graficzne pracowni artystycznej– z pewnością można je zakupić, produkty i wina wyeksponowane w podświetlonych gablotach jak dzieła sztuki, spokojna muzyka w tle. Naprawdę ma się wrażenie dopracowania całości pod każdym względem, a to doskonała oprawa dla dobrego posiłku. Jedyną rzeczą dopełniającą całości byłoby fajne ubranie personelu – może czarny / granatowy fartuszek lub zapaska z epoki lub inne odniesienie do stroju służby z przełomu XIX i XX wieku? Wygodny i wystylizowany? Na deser nie ma już miejsca, nad czym ubolewam, bo opisy zachęcają do skosztowania. Z pewnością wrócę tutaj kiedyś na deskę serów w konfiturą. Czas nas jednak goni. Prosimy o rachunek, żegnamy się i lecimy na stok.
A Wy - koniecznie odwiedźcie to miejsce będąc w okolicy. W cieplejszych miesiącach ma do zaoferowania piękny ogród, wiatę grillową i z pewnością jeszcze wiele do odkrycia.
Dla kogo Tak?
Dla szukających oderwania się od codzienności, fanów slow-foodu, sympatyków dobrej i naturalnej kuchni, szukających idealnej oprawy dla małej uroczystości rodzinnej lub wyjątkowej randki.
Dla kogo Nie?
Z pewnością ciężko będzie się tu odnaleźć z gromadką małych ruchliwych i psotnych dzieci. Po pierwsze: strach o ich urazy i zniszczenia, po drugie: głośne pociechy na tle takiego spokoju byłyby sporym kontrastem. Nie polecam też idolom głośnych gwarnych i tłumnych miejsc i osobom miłującym ogromne barowe porcje – po prostu nie ten styl.







